Zazwyczaj pojawia się w tych okolicach raz w roku. Zazwyczaj na jeden dzień, czasem dwa-trzy. Tydzień to rzadkość. Na święta też się nim za bardzo nie nacieszyłam, więc wczoraj wieczorem gdy wyjrzałam za okno, zaczęłam niemalże skakać z radości... Nieważne, że być może jutro nie uda mi się dotrzeć do pracy na czas, bo tutaj przy odrobinie lodu na jezdni komunikacja miejska i międzymiastowa staje na dobre...
Śniegowa niedziela była ciepła, przytulna, filmowa i czekoladowa... A wieczorem wysunęłam nos z domu i warto było - autobus dowiózł do miasta i z powrotem, a ja usłyszałam jedną z najpięknieszych, najprostszych i najszczerszych modlitw w moim życiu :)
Znad morza nad morze.
Z domu do domu.
Z miejsca na miejsce.
Bez kotwicy, zahaczając sercem.
Rzeką codzienności, myśli, słów,
spotkań, wzruszeń, inspiracji
w stronę Oceanu.
niedziela, 5 lutego 2012
wtorek, 31 stycznia 2012
nowe idzie...
I to parami!
Dziś był mój ostatni dzień na dotychczasowym stanowisku... a do tego całe popołudnie spędziłam na szkoleniu (bardzo zresztą ciekawym, dotyczącym radzenia sobie z konfliktami).
Moja grupa - ba, całe piętro liczące z grubsza około 50 osób, zaskoczyło mnie maksymalnie... O piątej, gdy większość śpieszy się już do wyjścia, otrzymałam od wszystkich kartkę i prezent - fantastyczne czekoladki Montezumy, a do tego jeszcze kupon na upominek z księgarni... Niesamowicie sympatyczna niespodziewajka! Musiałam powiedzieć kilka słów, więc dobrze wykorzystałam tę okazję ;) Ech, będę tęsknić, ale nowe wyzwanie i przygoda na ósmym piętrze już czeka!
A idzie nowe parami, bo od jutra także oficjalnie zaczyna się mój nowy kurs na studiach... No i właśnie próbuję się zabrać za ćwiczenie wprowadzające :) Z opisu wynika, że zajmie mi ono 4 godziny... Hm, to może zaczekać z tym do poniedziałku? ;) Chyba jestem zbyt ciekawska, że by nie spróbować teraz! Zwłaszcza, że wymagane rekwizyty to aparat fotograficzny, stoper i... banan :)
Dziś był mój ostatni dzień na dotychczasowym stanowisku... a do tego całe popołudnie spędziłam na szkoleniu (bardzo zresztą ciekawym, dotyczącym radzenia sobie z konfliktami).
Moja grupa - ba, całe piętro liczące z grubsza około 50 osób, zaskoczyło mnie maksymalnie... O piątej, gdy większość śpieszy się już do wyjścia, otrzymałam od wszystkich kartkę i prezent - fantastyczne czekoladki Montezumy, a do tego jeszcze kupon na upominek z księgarni... Niesamowicie sympatyczna niespodziewajka! Musiałam powiedzieć kilka słów, więc dobrze wykorzystałam tę okazję ;) Ech, będę tęsknić, ale nowe wyzwanie i przygoda na ósmym piętrze już czeka!
A idzie nowe parami, bo od jutra także oficjalnie zaczyna się mój nowy kurs na studiach... No i właśnie próbuję się zabrać za ćwiczenie wprowadzające :) Z opisu wynika, że zajmie mi ono 4 godziny... Hm, to może zaczekać z tym do poniedziałku? ;) Chyba jestem zbyt ciekawska, że by nie spróbować teraz! Zwłaszcza, że wymagane rekwizyty to aparat fotograficzny, stoper i... banan :)
sobota, 21 stycznia 2012
our time is but a breath
Moja modlitwa ostatnio najlepiej wyraża się poprzez duet: C.S. Lewis (słowa) + Brooke Fraser (muzyka i wokal). Piękniej nie potrafię...
C.S. Lewis Song
If I find in myself desires nothing in this world can satisfy
I can only conclude that I, I was not made for here
If the flesh that I fight is at best only light and momentary
Then of course I'll feel nude when to where I'm destined I'm compared
Speak to me in the light of the dawn
Mercy comes with the morning
I will sigh and with all creation groan as I wait for hope to come for me
Am I lost or just less found? On the straight or on the roundabout of the wrong way?
Is this a soul that stirs in me, is it breaking free, wanting to come alive?
'Cause my comfort would prefer for me to be numb
And avoid the impending birth of who I was born to become
Speak to me in the light of the dawn
Mercy comes with the morning
I will sigh and with all creation groan as I wait for hope to come for me
For we, we are not long here
Our time is but a breath, so we better breathe it
And I, I was made to live, I was made to love, I was made to know you
Hope is coming for me
Hope, He's coming
W tym wpisie:
Brooke Fraser,
C.S. Lewis
mieszanka wybuchowa
Co za piątek! Oczekiwanie w napięciu przez cały dzień, a za pięć piąta telefon (właśnie w chwili gdy zrezygnowana zajadałam się ciasteczkiem i miałam wypchaną buzię po brzegi!).
Okazało się, że w kadrach nie wyrobili się na czas i nie poinformują nikogo o wynikach do przyszłego tygodnia... Ale mój nowy szef był taki miły, iż stwierdził że zadzwoni do mnie żeby mi tylko powiedzieć, że jestem - uwaga - "preferowaną kandydatką"!!! I że mam trzymać buzię na kłódkę, bo nikt inny nie wie. No, to ostatnie nie za bardzo się udało, bo chyba wszyscy usłyszeli moją entuzjastyczną reakcję...
Oczywiście po piątej odbyło się NIE-oficjalne świętowanie w gronie kilku osób, które po prostu musiały się dowiedzieć, i obiecały, że będą cicho. A ja chyba nie wejdę na fejsbuka do poniedziałku, bo jeszcze nie wytrzymam ;-)
Tak więc weekend rozpoczął się mieszanką sukcesu, śmiechu, drinków, łez... Pożegnałam R., który dziś wcześnie rano poleciał na Północ. Ale łzy były chyba bardziej dobre niż złe...
A teraz... już ubrana, spakowana, i po pysznym polskim śniadanku, zaraz wyskakuję na moją tygodniową porcję pływania :)
I życzę Wam pięknego, radosnego dnia!!!
Okazało się, że w kadrach nie wyrobili się na czas i nie poinformują nikogo o wynikach do przyszłego tygodnia... Ale mój nowy szef był taki miły, iż stwierdził że zadzwoni do mnie żeby mi tylko powiedzieć, że jestem - uwaga - "preferowaną kandydatką"!!! I że mam trzymać buzię na kłódkę, bo nikt inny nie wie. No, to ostatnie nie za bardzo się udało, bo chyba wszyscy usłyszeli moją entuzjastyczną reakcję...
Oczywiście po piątej odbyło się NIE-oficjalne świętowanie w gronie kilku osób, które po prostu musiały się dowiedzieć, i obiecały, że będą cicho. A ja chyba nie wejdę na fejsbuka do poniedziałku, bo jeszcze nie wytrzymam ;-)
Tak więc weekend rozpoczął się mieszanką sukcesu, śmiechu, drinków, łez... Pożegnałam R., który dziś wcześnie rano poleciał na Północ. Ale łzy były chyba bardziej dobre niż złe...
A teraz... już ubrana, spakowana, i po pysznym polskim śniadanku, zaraz wyskakuję na moją tygodniową porcję pływania :)
I życzę Wam pięknego, radosnego dnia!!!
środa, 18 stycznia 2012
a na koniec...
Teraz to już będzie króciutko, bo się rozgadałam.
W końcu obejrzałam "Wstyd" ("Shame") Steve'a McQueena. Rewelacyjny. Odważny. Głęboki. Piękny, a nie wulgarny. Polecam bardzo bardzo!
W końcu obejrzałam "Wstyd" ("Shame") Steve'a McQueena. Rewelacyjny. Odważny. Głęboki. Piękny, a nie wulgarny. Polecam bardzo bardzo!
...i co jeszcze...
Dzieje się trochę.
Odkrywam nowe... Przeżywam nowe, przeżywam na nowo. Cieszę się uczuciami, które budzą się w sercu. Dzięki kamerze w moim telefonie skradłam dla siebie urywki z dwóch ostatnich nabożeństw, żeby móc się nimi podzielić. Najpierw z najbliższymi, teraz z Wami. Jakość jest jaka jest, obraz i dźwięki nie oddają nawet 10% atmosfery uniesienia, jedności, przyjaźni i wszechogarniającego poczucia bezpieczeństwa i bezgranicznego zaufania. Moje źródełko Nadziei bije teraz tutaj. Nie pozwolę sobie odejść.
Poza tym staram się wrócić na dobre do:
- czytania normalnych książek hihi
- pływania (poza jogą i fitnesem oczywiście! pierwsza od dawna wizyta na basenie była w ostatnią niedzielę i od razu przepłynęłam 1000 metrów, hurra!)
- dbania o siebie (zaczęłam już podczas przerwy świątecznej, a na wyspę wróciłam z całym workiem wypróbowanych uprzednio maseczek na twarz oraz z pudełkiem maski regenerującej na włosy)
No i... z jednej strony spędzam więcej czasu z przyjaciółmi, ze znajomymi, z ludźmi ;) Z drugiej, próbuję od niedawna zdystansować się emocjonalnie i dawać z siebie tylko tyle, ile dostaję... Wiem, to wbrew mojej wariackiej naturze z sercem na dłoni, ale za miękki mam tyłek, żeby wytrzymywać te wszystkie kopniaki od losu... Czy zacznie powoli być lepiej, czy Ci, których obdarzałam ciepłem zauważą jego brak i zareagują, czy też nie, okaże się za czas jakiś. Póki co, uciekam od dalszego cierpienia na własne życzenie. Choć nie jest łatwo :(
Odkrywam nowe... Przeżywam nowe, przeżywam na nowo. Cieszę się uczuciami, które budzą się w sercu. Dzięki kamerze w moim telefonie skradłam dla siebie urywki z dwóch ostatnich nabożeństw, żeby móc się nimi podzielić. Najpierw z najbliższymi, teraz z Wami. Jakość jest jaka jest, obraz i dźwięki nie oddają nawet 10% atmosfery uniesienia, jedności, przyjaźni i wszechogarniającego poczucia bezpieczeństwa i bezgranicznego zaufania. Moje źródełko Nadziei bije teraz tutaj. Nie pozwolę sobie odejść.
Poza tym staram się wrócić na dobre do:
- czytania normalnych książek hihi
- pływania (poza jogą i fitnesem oczywiście! pierwsza od dawna wizyta na basenie była w ostatnią niedzielę i od razu przepłynęłam 1000 metrów, hurra!)
- dbania o siebie (zaczęłam już podczas przerwy świątecznej, a na wyspę wróciłam z całym workiem wypróbowanych uprzednio maseczek na twarz oraz z pudełkiem maski regenerującej na włosy)
No i... z jednej strony spędzam więcej czasu z przyjaciółmi, ze znajomymi, z ludźmi ;) Z drugiej, próbuję od niedawna zdystansować się emocjonalnie i dawać z siebie tylko tyle, ile dostaję... Wiem, to wbrew mojej wariackiej naturze z sercem na dłoni, ale za miękki mam tyłek, żeby wytrzymywać te wszystkie kopniaki od losu... Czy zacznie powoli być lepiej, czy Ci, których obdarzałam ciepłem zauważą jego brak i zareagują, czy też nie, okaże się za czas jakiś. Póki co, uciekam od dalszego cierpienia na własne życzenie. Choć nie jest łatwo :(
...i po przerwie
Długo, długo nie pisałam... i wiecie co? Im dłużej nie zaglądam i nie dbam o bloga, tym trudniej tu wrócić, bo coraz większe wyrzuty sumienia mnie obciążają... No ale dobra, kończymy z tym, i do roboty! Pora, choć troszeczkę, nadrobić zaległości...
W życiu jak w kalejdoskopie, i to takim szalonym, obracającym się z nieziemską prędkością. Zmiany kolorów, odcieni, kształtów. Jednego dnia wita mnie mróz i bosko zaróżowione niebo (fotka zaraz gdzieś poniżej się pojawi), następnego - mżawka i typowo wyspiarska mgła (której nie uwieczniłam moim telefonem, bo walczyłam z parasolem haha!).
Ten pierwszy miesiąc nowego roku upływa pod znakiem zmienności i zmian. Podejmowania decyzji. Robienia kroków do przodu, i kroków wstecz.
W zeszłym tygodniu złożyłam broń na ołtarzu marzeń. Myśli o doktoracie z religioznawstwa w języku nie-macierzystym szlag trafił mówiąc nieładnie, bo po prostu... nawet z magisterką nie daję rady! Przynajmniej nie w obecnych warunkach, gdy pracuję na pełny etat i na naukę pozostają mi skrawki czasu, a czytania jest całe mnóóóstwo... i nie są to łatwe lektury :(
Można powiedzieć, że się poddałam, ale także można na to spojrzeć z innej strony - lepiej teraz niż gdy będzie za późno... Ocaliłam część zainwestowanych w studia funduszy, tyle że muszę je wykorzystać na... dalszą naukę, więc już w lutym nowy kurs: Design thinking: creativity for the 21st century. Pierwsze zaliczenie to projekt koszulki :)
Cel na horyzoncie to Open Degree, meta za jakieś dwa lata...
W życiu jak w kalejdoskopie, i to takim szalonym, obracającym się z nieziemską prędkością. Zmiany kolorów, odcieni, kształtów. Jednego dnia wita mnie mróz i bosko zaróżowione niebo (fotka zaraz gdzieś poniżej się pojawi), następnego - mżawka i typowo wyspiarska mgła (której nie uwieczniłam moim telefonem, bo walczyłam z parasolem haha!).
Ten pierwszy miesiąc nowego roku upływa pod znakiem zmienności i zmian. Podejmowania decyzji. Robienia kroków do przodu, i kroków wstecz.
W zeszłym tygodniu złożyłam broń na ołtarzu marzeń. Myśli o doktoracie z religioznawstwa w języku nie-macierzystym szlag trafił mówiąc nieładnie, bo po prostu... nawet z magisterką nie daję rady! Przynajmniej nie w obecnych warunkach, gdy pracuję na pełny etat i na naukę pozostają mi skrawki czasu, a czytania jest całe mnóóóstwo... i nie są to łatwe lektury :(
Można powiedzieć, że się poddałam, ale także można na to spojrzeć z innej strony - lepiej teraz niż gdy będzie za późno... Ocaliłam część zainwestowanych w studia funduszy, tyle że muszę je wykorzystać na... dalszą naukę, więc już w lutym nowy kurs: Design thinking: creativity for the 21st century. Pierwsze zaliczenie to projekt koszulki :)
Cel na horyzoncie to Open Degree, meta za jakieś dwa lata...
sobota, 24 grudnia 2011
Faith without deeds is dead
Brooke Fraser i jej "Albertine"... Chodziła mi po głowie ta piosenka dzisiaj cały dzień - dzień wigilijny... Wiara bez czynów jest martwa. Tak jak wszystko inne w życiu, o czym tak często mówimy, wszystkie idee i wartości, które goszczą na naszych ustach: miłość, przyjaźń, uczciwość, lojalność, nadzieja... Mówimy, deklarujemy, głosimy, wyznajemy, przypominamy. A co potem? Co dalej?
Tak mi się zebrało na takie zamyślenie dzisiaj...
Oczywiście życzę wszystkim spokojnych, radosnych, pięknych Świąt :)
Tak mi się zebrało na takie zamyślenie dzisiaj...
Oczywiście życzę wszystkim spokojnych, radosnych, pięknych Świąt :)
poniedziałek, 19 grudnia 2011
jeszcze kilka dni...
... do Świąt, a ja tu wieki całe nie pisałam!
Grudzień blogowo był leniwy, ale to dlatego że tak poza tym... bardzo pracowity! Dopiero wczoraj uświadomiłam sobie, że właściwie w grudniu nie miałam czasu ani na kino, ani na siłownię (a to częściwo dlatego, że przez dłuższy czas walczyłam z przeziębieniem). Było za to dużo innych spraw - obowiązków, jak i przyjemności :)
Impreza "służbowa" w Hiltonie (łaaaał;)) była bardzo udana, to chyba była pierwsza moja taka zabawa w towarzystwie całej firmy i było naprawdę fajowo. A tydzień później, czyli w miniony weekend, spędziłam wspaniałe piątkowe popołudnie i wieczór na świątecznym obiedzie, zabawie w Familiadę w pubie i wygłupach karaoke (bo czyż można nasze wycie nazwać śpiewaniem?).
Po czym w sobotę jeszcze jedno wyjście - kolacja z najlepszymi przyjaciółmi R. Tego wieczoru zostałam włączona do gangu trzech przesympatycznych Południowoafrykańczyków (oraz żony jednego i dziewczyny drugiego). Czuję się bardzo uprzywilejowana :)
A teraz staram się złapać wszystkie ważne sprawy za rogi i uporać się z nimi przed wylotem, który już tuż-tuż... Dziś zakupy, pranie, sprzątnie, pakowanie prezentów. Jutro odbieram bilety na pociąg i pakuję walizkę. W środę spotkanie z C., przyjaciółką z Meksyku, której nie widziałam od kiedy opuściła Wyspy - jakieś 3,5 roku! A w czwartek praca do południa, pożegnalny lunch z R. i łapię pociąg na lotnisko...
Zanim rozpoczęła się impreza... ;)
Mój Secret Santa, czyli prezent mikołajkowy :)
Wybieramy hiciory na karaoke!
Grudzień blogowo był leniwy, ale to dlatego że tak poza tym... bardzo pracowity! Dopiero wczoraj uświadomiłam sobie, że właściwie w grudniu nie miałam czasu ani na kino, ani na siłownię (a to częściwo dlatego, że przez dłuższy czas walczyłam z przeziębieniem). Było za to dużo innych spraw - obowiązków, jak i przyjemności :)
Impreza "służbowa" w Hiltonie (łaaaał;)) była bardzo udana, to chyba była pierwsza moja taka zabawa w towarzystwie całej firmy i było naprawdę fajowo. A tydzień później, czyli w miniony weekend, spędziłam wspaniałe piątkowe popołudnie i wieczór na świątecznym obiedzie, zabawie w Familiadę w pubie i wygłupach karaoke (bo czyż można nasze wycie nazwać śpiewaniem?).
Po czym w sobotę jeszcze jedno wyjście - kolacja z najlepszymi przyjaciółmi R. Tego wieczoru zostałam włączona do gangu trzech przesympatycznych Południowoafrykańczyków (oraz żony jednego i dziewczyny drugiego). Czuję się bardzo uprzywilejowana :)
A teraz staram się złapać wszystkie ważne sprawy za rogi i uporać się z nimi przed wylotem, który już tuż-tuż... Dziś zakupy, pranie, sprzątnie, pakowanie prezentów. Jutro odbieram bilety na pociąg i pakuję walizkę. W środę spotkanie z C., przyjaciółką z Meksyku, której nie widziałam od kiedy opuściła Wyspy - jakieś 3,5 roku! A w czwartek praca do południa, pożegnalny lunch z R. i łapię pociąg na lotnisko...
Zanim rozpoczęła się impreza... ;)
Mój Secret Santa, czyli prezent mikołajkowy :)
Wybieramy hiciory na karaoke!
W tym wpisie:
karaoke
wtorek, 6 grudnia 2011
Mikołajki
Tak, to dzisiaj... a Mikołaj nie przyszedł :( No cóż, może przybędzie z małą obsuwą? Wszak mieszkam na wyspie i niełatwo tu dotrzeć.
Kalendarza adwentowego z czekoladkami też nie udało mi się na czas upolować, bo przed samiutkim początkiem grudnia złapało mnie przeziębienie... i w dodatku nadal trzyma!
Tak więc urodziny J. przegapiłam (czy raczej przeleżałam w łóżku). Jednak na najbliższy piątek (i wielką imprezę) muszę, ale to muszę się wykurować, w końcu nowa kiecka i buty czekają...
Więc chociaż chodzę do pracy podciągając nosem, szpikuję się intensywnie witaminkami, dzielnie piję gorące mleko z miodem i ogrzewami stopy jak tylko się da. Jak będzie - zobaczymy.
Kalendarza adwentowego z czekoladkami też nie udało mi się na czas upolować, bo przed samiutkim początkiem grudnia złapało mnie przeziębienie... i w dodatku nadal trzyma!
Tak więc urodziny J. przegapiłam (czy raczej przeleżałam w łóżku). Jednak na najbliższy piątek (i wielką imprezę) muszę, ale to muszę się wykurować, w końcu nowa kiecka i buty czekają...
Więc chociaż chodzę do pracy podciągając nosem, szpikuję się intensywnie witaminkami, dzielnie piję gorące mleko z miodem i ogrzewami stopy jak tylko się da. Jak będzie - zobaczymy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
